JAZZMATAZZ NIE ŻYJE
Dodano 2008-03-03
/ Komentarze 3
Gdyby nowy album Guru nie kontynuował zapoczątkowanej 15 lat temu serii Jazzmatazz, pozostając jedynie trzecią płytą solową, wówczas moglibyśmy mówić o płycie udanej. Tak się nie stało. „Jazzmatazz Vol. 4 The Hip Hop Jazz Messenger: Back To The Future” rozwiewa wszelkie wątpliwości: on nie żyje mimo próby reanimacji.
W odniesieniu do twórczości Guru z lat 90., termin „jazzmatazz” oznaczał eklektyczną stronę muzyki, fuzję rapu z jazzem. Na tej podwalinie współzałożyciel hiphopowego duetu Gang Starr stworzył ideę swojego pobocznego projektu. Nowe środki artystyczne, nowe techniki wypowiedzi nie były jedynym wyznacznikiem projektu „Jazzmatazz”. Społeczno-socjologiczny wydźwięk serii miał być responsem na popularny gangsta-rap, międzypokoleniowym dialogiem odbywającym się na muzycznej płaszczyźnie. Roy Ayers, Donald Byrd, Lonnie Liston Smith, Chaka Khan, Herbie Hancock, Freddie Hubbard, Isaac Hayes nie tworzyli listy inspiracji Keitha Elama aka Guru, oni naprawdę uczestniczyli w jazzmatazzowych sesjach. Rola zaproszonych muzyków (wyżej wymienieni stanowią jedynie fragment długiej listy nazwisk) wykraczała poza sztampowe wykonanie ustalonych partii – jakby każdy z uczestników projektu zdawał sobie sprawę, że tworzy dzieło monumentalne. Tak właśnie było, bowiem dziś, w dobie cyfrowej muzyki, części I i II są kamieniami milowymi w historii hiphopu przesiąkniętego jazzem.
Nazwiska na okładce Vol.4 wyglądają dobrze tylko na papierze. Podczas odsłuchu wypadają poniżej oczekiwań. Guru jest sam sobie winien: niepotrzebnie powierzył warstwę muzyczną jednemu producentowi, biznesowemu partnerowi a zarazem autorowi podkładów do płyty „Version 7.0: The Street Scriptures”. Solar – bo o nim mowa – należy do grona producentów hiphopowych. Nie zmienią tego liczne kartony z jazzem i soulem na winylach przechowywane w piwnicy, ponieważ sampling w jego wykonaniu jest bezduszny. Nigdy nie będzie jak J Dilla, który sztukę tę opanował do perfekcji, stąd takie a nie inne podkłady na „czwórce” – hiphopowe aż do przesady, przewidywalne i nieorganiczne. Inna sprawa, że Guru w XXI wieku konsekwentnie brnie w streetsoulowe rejony. O ile trzeci Jazzmatazz potrafił wyjść obronną ręką mimo paru nieszczególnych featuringów oraz słodkich, lukrowanych refrenów, tak, ostatnia część hiphopowo-jazzowej serii nie jest w stanie podjąć dyskursu z płytami pokroju „The Complete Moon Bay Sessions” autorstwa dj’a Dreza i pianisty Marty Williamsa o kierunku rozwoju obu gatunków. – Powód zaliczany do tych z grupy prozaicznych, ponieważ „The Hip Hop Jazz Messenger: Back To The Future” jest płytą słabą, hermetyczną, aż nadto amerykańską. Sława zaproszonych gości nie wykracza poza granice kraju Jacka Kerouaca. Lokalne gwiazdy nowego r&b, neo-soulu, nie mają siły przebicia Macy Gray. Nawet smooth-jazzowi weterani, debiutujący w połowie lat 70. – niezwykle zasłużeni dla swej dziedziny – nie zdołali swoją osobą podnieść prestiżu wydawnictwa. To, co nie udało się altowemu saksofoniście Davidowi Sanbornowni, z powodzeniem osiągnął w utworze „State of clarity” mistrz czarnego brzmienia Bob James; stworzył klimat zaciemnionych cornersów, ulicznych zwad o pieniądze i szacunek, pulsujący rytmem blaxploitationowego soundtracku. To esencja stylu Jazzmatazz sprowadzona do trzech minut i 30 sekund. Pozostałe utwory (w mniejszym lub większym stopniu) nadają się do wykorzystania w bazie wojskowej Guantanamo, jako metoda skutecznej tortury.
Niektóre płyty na przekór logicznemu podejściu do aktu słuchania, zdobywają serca odbiorców po kategorycznym odrzuceniu treści. Ta, skądinąd muzyczna iluminacja zdarza się nader często. Niestety nie tym razem, „Jazzmatazz Vol. 4” dysponował wystarczającą ilością czasu by odmienić swój los. Nie udało się, dlatego nie pozostaje nic innego, jak sparafrazować tytuł ostatniej płyty Nasira „Nasa” Jonesa i krzyknąć: „Jazzmatazz is dead”. Rest In Peace.
W odniesieniu do twórczości Guru z lat 90., termin „jazzmatazz” oznaczał eklektyczną stronę muzyki, fuzję rapu z jazzem. Na tej podwalinie współzałożyciel hiphopowego duetu Gang Starr stworzył ideę swojego pobocznego projektu. Nowe środki artystyczne, nowe techniki wypowiedzi nie były jedynym wyznacznikiem projektu „Jazzmatazz”. Społeczno-socjologiczny wydźwięk serii miał być responsem na popularny gangsta-rap, międzypokoleniowym dialogiem odbywającym się na muzycznej płaszczyźnie. Roy Ayers, Donald Byrd, Lonnie Liston Smith, Chaka Khan, Herbie Hancock, Freddie Hubbard, Isaac Hayes nie tworzyli listy inspiracji Keitha Elama aka Guru, oni naprawdę uczestniczyli w jazzmatazzowych sesjach. Rola zaproszonych muzyków (wyżej wymienieni stanowią jedynie fragment długiej listy nazwisk) wykraczała poza sztampowe wykonanie ustalonych partii – jakby każdy z uczestników projektu zdawał sobie sprawę, że tworzy dzieło monumentalne. Tak właśnie było, bowiem dziś, w dobie cyfrowej muzyki, części I i II są kamieniami milowymi w historii hiphopu przesiąkniętego jazzem.
Nazwiska na okładce Vol.4 wyglądają dobrze tylko na papierze. Podczas odsłuchu wypadają poniżej oczekiwań. Guru jest sam sobie winien: niepotrzebnie powierzył warstwę muzyczną jednemu producentowi, biznesowemu partnerowi a zarazem autorowi podkładów do płyty „Version 7.0: The Street Scriptures”. Solar – bo o nim mowa – należy do grona producentów hiphopowych. Nie zmienią tego liczne kartony z jazzem i soulem na winylach przechowywane w piwnicy, ponieważ sampling w jego wykonaniu jest bezduszny. Nigdy nie będzie jak J Dilla, który sztukę tę opanował do perfekcji, stąd takie a nie inne podkłady na „czwórce” – hiphopowe aż do przesady, przewidywalne i nieorganiczne. Inna sprawa, że Guru w XXI wieku konsekwentnie brnie w streetsoulowe rejony. O ile trzeci Jazzmatazz potrafił wyjść obronną ręką mimo paru nieszczególnych featuringów oraz słodkich, lukrowanych refrenów, tak, ostatnia część hiphopowo-jazzowej serii nie jest w stanie podjąć dyskursu z płytami pokroju „The Complete Moon Bay Sessions” autorstwa dj’a Dreza i pianisty Marty Williamsa o kierunku rozwoju obu gatunków. – Powód zaliczany do tych z grupy prozaicznych, ponieważ „The Hip Hop Jazz Messenger: Back To The Future” jest płytą słabą, hermetyczną, aż nadto amerykańską. Sława zaproszonych gości nie wykracza poza granice kraju Jacka Kerouaca. Lokalne gwiazdy nowego r&b, neo-soulu, nie mają siły przebicia Macy Gray. Nawet smooth-jazzowi weterani, debiutujący w połowie lat 70. – niezwykle zasłużeni dla swej dziedziny – nie zdołali swoją osobą podnieść prestiżu wydawnictwa. To, co nie udało się altowemu saksofoniście Davidowi Sanbornowni, z powodzeniem osiągnął w utworze „State of clarity” mistrz czarnego brzmienia Bob James; stworzył klimat zaciemnionych cornersów, ulicznych zwad o pieniądze i szacunek, pulsujący rytmem blaxploitationowego soundtracku. To esencja stylu Jazzmatazz sprowadzona do trzech minut i 30 sekund. Pozostałe utwory (w mniejszym lub większym stopniu) nadają się do wykorzystania w bazie wojskowej Guantanamo, jako metoda skutecznej tortury.
Niektóre płyty na przekór logicznemu podejściu do aktu słuchania, zdobywają serca odbiorców po kategorycznym odrzuceniu treści. Ta, skądinąd muzyczna iluminacja zdarza się nader często. Niestety nie tym razem, „Jazzmatazz Vol. 4” dysponował wystarczającą ilością czasu by odmienić swój los. Nie udało się, dlatego nie pozostaje nic innego, jak sparafrazować tytuł ostatniej płyty Nasira „Nasa” Jonesa i krzyknąć: „Jazzmatazz is dead”. Rest In Peace.
k napisał/a:
2008-03-07 14:01:19
jedrzej mocne porownanie z guantanamo ale jest duzo prawdy w tym co piszesz, album niby przyjemny w sluchaniu ale wlasnie bezsensowny i nie ma do czego wracac, ochlapy dobrych bitow. superproducent solar - chyba nawet guru musial siebie na glos przekonywac.
szacunek za dobry artykul
koko napisał/a:
2008-03-06 09:47:44
zgodzic sie moge tylko z tym ze z dawnymi Jazzmatazz najnowsza odslona nie ma prawie nic wspolnego, natomiast sam album jest b.fajny, dobre klasyczne bebny i spokojny flow guru...pewne rzeczy nigdy sie nie znudza ;)
Sebol napisał/a:
2008-03-05 10:51:24
Moje spostrzeżenia są podobne, albo nawet identyczne... Guru uwstecznił swoją twórczość... a szkoda.







